Pojęcie liftingu funkcjonuje w naszym języku już tak długo, że chyba nie wymaga wyjaśnienia. Mimo, że pewnym poczuciem humoru odznaczał się ten (lub ta), który przeniósł do chirurgii pojęcie dotyczące poprawy wyglądu samochodu… A ponieważ od samochodu to wyszło, więc jednak obstawiam, że to był „ten”.
A co ma wspólnego chirurgiczny retusz twarzy z biostymulatorami, o których jest ten artykuł? Chodzi o to, że biostymulatory to też swojego rodzaju lifting, tyle, że nie jest wykonywany poprzez korektę cięciem, tylko na poziomie komórkowym. W ten sposób w wyniku wstrzyknięcia preparatu np. Nucleofillu uzyskuje się napięcie skóry, bez jej nacinania i manualnej korekty.
Zapytacie: co to za preparat? Jest to produkt pochodzenia naturalnego, a jego właściwości zawdzięczamy polinukleotydom. Nie jest to więc zwykły wypełniacz, gdyż jego podstawowym celem jest stymulacja tkanek, tak aby pobudzić naturalne procesy i w ten sposób spowodować odnowienie skóry. Ma więc działanie przeciwstarzeniowe. Wpływa też znacząco na nawilżenie skóry. Bardzo istotne jest to, że w wyniku jego zastosowania nie zmieniają się rysy twarzy.
A teraz coś, od czego być może powinnam zacząć. W jakie partie skóry wykonuje się zabiegi biostymulatorami? Przede wszystkim na twarz, aby wypełnić i wygładzić bruzdy, skorygować żuchwę czy podbródek, poprawić okolice oczu i ust. Poza tym świetnie sprawdzi się na szyję, dekolt oraz… dłonie, czyli tę część ciała, która częściej niż twarz zdradza wiek.
Jak często wykonywane są zabiegi i ile ich w ogóle potrzeba, aby osiągnąć efekty?
Jak w przypadku chyba wszystkich zabiegów, w dużej mierze jest to kwestia indywidualna, jak skóra zareaguje na biostymulatory. Zależy też także od tego, jakiego efektu oczekujemy. Zazwyczaj wykonuje się od dwóch do czterech zabiegów, co dwa do czterech tygodni.
Jeśli chodzi o źródło informacji to wiedzę na ten temat zaczerpnęłam ze strony: holy. com. pl oraz z wiedzy, którą uzyskałam wcześniej z różnych czasopism i Internetu.
