Skutki rosyjskiego embarga na polskie produkty są widoczne również u nas w domu. Oczywiście pojawiły się przy okazji zamachu na polskie jabłka, ponieważ rodzina w ramach narodowej solidarności zaczęła kupować i spożywać większe ilości tego owocu (za którym nota bene nie przepadam, ale jak mus to mus). Na szczęście pojawiły się tłoczone soki z tego owocu, które bardzo przypadły mi do gustu. Wróciłam też do robienia kompotów, bo w takiej postaci jabłka lubię, podobnie jak w jabłeczniku. No i moje ulubione – pieczone w piekarniku, po wydrążeniu gniazd nasiennych i dodaniu tam trochę masła i cukru 🙂 Ostatnio słyszeliśmy, że holenderskie tulipany trafiły na rosyjską listę towarów zakazanych… Pewnie ciężkostrawne są…
Moim zdaniem Rosja trochę lekkomyślnie podchodzi do tematu restrykcji przesadzając jak małe dziecko, bo mimo że kraj duży, to jednak niezupełnie samowystarczalny, a izolacja – choćby na przykładzie Kuby – dowodzi, że nie jest dobrym rozwiązaniem, choć niezaprzeczalnie widowiskowym i atrakcyjnym turystycznie po dłuższym okresie, jak wszelkie skanseny. Jakoś nie mogą tam zrozumieć, że czym innym są obostrzenia polityczne, a czym innym gospodarcze. Co prawda rosyjskie produkty rzadko kiedy pojawiają się w naszych sklepach, ale i one mogą trafić na listę produktów ocenzurowanych przez Polaków. Na moją przynajmniej trafiły, za te utrapienia z jabłkami, przede wszystkim. Wczoraj na przykład miałam ochotę na polędwiczki wieprzowe w sosie kurkowym z kluskami śląskimi. Pech chciał, że jedyne kurki były „produkcji”… rosyjskiej. No więc moje plany musiały ulec zmianie co do sosu.
A Wy sprawdzacie kto produkuje Wasze jedzenie?
